Szpital Cz. 2 – A może książka?

Tęsknota za rodziną i psem narastała coraz bardziej, a ja płakałam do słuchawki telefonu. Miałam dosyć tego miejsca, chciałam już do domu mimo iż nie czułam się jeszcze za dobrze. Pisząc to czuję właśnie te uczucia mi tam towarzyszące. Tak jakbym dalej była w tym miejscu, ale na szczęście pobyt tam mam już za sobą.

Tyle się działo w szpitalu, tyle przeżyć i sytuacji, które warto było by opisać, np. w książce, co wy na to? Czy byłby ktoś z was zainteresowany przeczytaniem takiej książki? Byłoby to takim większym rozwinięciem tego bloga.

W szpitalu momentami wiało nudą. Pierwsze spotkanie z lekarzem było w porządku. Siedziałam z depresją, niechęcią do życia i odpowiadałam na pytania. Nie lubię tego całego lekarskiego zbierania wywiadu. Nie miałam wtedy nawet ochoty by cokolwiek mówić. Mój lekarz okazał się naprawdę dobrym specjalistą.

Poznałam koleżanki, które często grały w Makao, ale ja nie chciałam, bo nie lubię kart, a do tego byłam otumaniona lekami. Było coraz gorzej i nie czułam się najlepiej. Wprowadzanie leków bywa ciężkie. Miałam robiony rezonans głowy do którego był potrzebny wenflon do podania kontrastu podczas badania. Znowu było kłucie, ale się udało za pierwszym razem. Brawa dla pani pielęgniarki.

Na drugi dzień zapytałam się lekarza czy można mi już to wyjąć to on wpadł na pomysł, by przepisać mi kroplówki. Myślę sobie no dobra tylko że wenflon okazał się już nie drożny. Zrezygnowana poszłam znów się dać pokłóć, ale za drugim razem się udało. Niestety podczas kroplówek bolała mnie ręka nie wiem czemu.

Leki nieźle zwalały mnie z nóg. Po kilku dniach na szczęście wyszłam już z sali obserwacyjnej. Na sali obserwacyjnej nie ma klamek w drzwiach, w tych „zwykłych” już są. W ciszy i spokoju można było już spać. Po kilku dniach trafiłam na najlepszą sal”, która była oddalona od dyżurki i w której znowu byłam ze swoimi koleżankami. Zaczęło mi się polepszać.

Jednakże wcześniej działy się cuda nie widy z dziewczyną z sali obserwacyjną. Miała ona schizofrenię. Dostawała dużo zastrzyków i tabletek, a mimo to miała jazdy. Siedzimy sobie z dziewczynami i gadamy wtem nagle słychać „AAAAAA!” – było to na porządku dziennym. Słuchanie jej krzyków, gadania do samej siebie już było normą, że w sumie to już nam to spływało mimo iż to słyszałyśmy. Ta kobieta ciągle coś jadła. Zjadła spleśniały ser, cytrynę ze skórką. Do teraz mnie mdli jak sobie o tym przypominam. Nie wiem co ona robiła na tym oddziale, bo to nie był oddział silnych zaburzeń psychicznych i Bóg wie czego jeszcze.

I po Makale
Część 3…

Poprzedni wpis
Szpital Cz. 1 – Mury runą
Następny wpis
Trudna droga do stabilizacji

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wypełnij to pole
Wypełnij to pole
Proszę wpisać prawidłowy adres e-mail.
You need to agree with the terms to proceed


Zapisz się do Newslettera by być na bieżąco i
otrzymywać dodatkowe treści!

Menu